Urodziłem się i wychowałem w watasze wilków... o rozmaitych temperamentach. Przykładów tych charakterów nie będę podawać(chociaż z chęcią podałbym moją młodszą siostrę i starszego brata...). W wieku dwóch latach, jak każe tradycja(jak kto woli - zasada) miałem zdecydować czy zostać w swojej rodzinnej watasze czy odejść w poszukiwaniu innego domu. Szczerze? Nic mnie tam mnie trzymało... jestem sentymentalny... to fakt. Jednak nie umiałem się tam z nikim dogadać, zbyt duża różnica poglądów i rozumowania. Więc ze względu na powyższe i różne wydarzenia postanowiłem odejść. Jedynie z kim się pożegnałem to moi rodzice oraz, z przymusu z rodzeństwem.
Przyznam iż przez te dwa lata tułaczki i wędrówki nie postanowiłem dołączyć do żadnych napotkanych po drodze watah. Czemu? Może dlatego że... że... że nie miałem powodu. Ta niezależność miała wiele plusów. Ale jeden minus - to nie była wolność. Wiem że to może brzmieć dziwnie... ale to nie było to. Więc stwierdziłem że trzeba z tym skończyć. Po dwóch latach postanowienie znalezienia jakiejś watahy, to się nazywa refleks...
Tak też następnego dnia po 'oficjalnym' stwierdzeniu iż muszę skończyć z tą niekończącą się wędrówką wkroczyłem na tereny jakiejś watahy. W powietrzu unosiły się zapachy różnych wilków. Nie było ich wiele, no ale na pewno to była wataha. Pociągnąłem nosem jeszcze kilka razy i ruszyłem w kierunku najbliższego wilka, czy tam wilczycy. Ostrożnie skrócałem odległość. Przedarłem się przez chaszcze. Gdy już byłem po drugiej stronie swoistego zielonego "muru" niespodziewanie poczułem uderzenie w bok. Przewróciłem się. Chciałem szybko wstać i odskoczyć od napastnika, lecz ten był szybszy i przygwoździł mnie do ziemi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz